Brat Albert

Brat Albert to imię Adama Chmielowskiego, którego nasz Ojciec Święty wprowadził do Katalogu Świętych Kościoła przez uroczystą kanonizację w 1989 r. Już na długo przed tym uważano go powszechnie za świętego. Tę opinię zyskał u tych, którym pomagał w swym życiu i dla których poświęcił wszystko. Jego droga do habitu i wytężonej pracy dla biednych była trudna.

Był pierwszym z czworga dzieci w zubożałej rodzinie ziemian mieszkającej pod Krakowem. Ojciec był urzędnikiem celnym, jako że niedaleko była granica między dwoma zaborami: austriackim i Królestwem Polskim. Adam miał tylko 7 lat, gdy stracił ojca. Wychowaniem i utrzymaniem dzieci zajęła się matka. To ona posłała chłopca do Szkoły Kadetów w Petersburgu, ale obawiając się rusyfikacji po roku przeniosła syna do gimnazjum w Warszawie. Przeciążona obowiązkami zmarła 7 lat później. Opiekę nad sierotami przejęła ciotka, która chcąc uchronić Adama przed nastrojami patriotycznymi w stolicy przeniosła go do Szkoły Rolniczo-Leśnej w Puławach. Jej zabiegi na nic się zdały. Adam szybko i czynnie włączył się w działalność konspiracyjną, która zaprowadziła go w 1863 r. na pole walk powstania styczniowego.

Młody 18-letni chłopiec został ranny i dostał się do niewoli rosyjskiej. W prymitywnych warunkach, bez żadnego znieczulenia, amputowano mu strzaskaną nogę. Jak wielu innych powstańców musiał wyjechać po powstaniu do Paryża, by uniknąć carskich represji. Pomocy udzielono mu w Komitecie Polsko-Francuskim (otrzymał najlepszą w tamtych czasach protezę). Dopiero gdy ogłoszono amnestię, wrócił do kraju. Było mu trudno żyć ze świadomością kalectwa na całe życie, ale taka była cena żołnierskiego bohaterstwa. Rodzina wysłała go na studia do Genewy z myślą o jego przyszłości. Jednak Adam odkrył w sobie talent malarski i przeniósł się do Monachium na Akademię Sztuk Pięknych. Tutaj zaprzyjaźnił się z wybitnymi malarzami: braćmi Gierymskimi, Chełmońskim, Witkiewiczem. Gdy wrócił do domu, wiele malował, zwłaszcza portrety rodzinne, a później obrazy religijne. W Warszawie bywał na spotkaniach literatów. Tak poznał Sienkiewicza, Świętochowskiego. Jednak ciągle czegoś szukał, ciągle czegoś brakowało w jego życiu. Może dlatego podjął decyzję o wstąpieniu do zakonu jezuitów, co zaskoczyło rodzinę i przyjaciół.

Życie zakonne nie stało się jego powołaniem. Do przerwania nowicjatu zmusiły do depresja i głębokie załamanie duchowe. Spokoju szukał u swego brata Stanisława na Podolu i to czego szukał, znalazł w regule zakonu św. Franciszka z Asyżu. Zachwycony nią podjął pracę wśród ludności wiejskiej i na wzór św. Franciszka odnawiał przydrożne kapliczki, ołtarze w kościołach. Ta praca dała mu upragnioną równowagę psychiczną. Z Podola wygnał go jednak ukaz carski.

Był rok 1884. Adam znalazł się w Krakowie, gdzie początkowo nadal malował i spotykał się ze środowiskiem artystów. Jednak nędza, którą widział na ulicach Krakowa nie pozwoliła mu na bierne przyglądanie się. Zrezygnował z kariery malarskiej, założył habit tercjarza i wyrzekł się swego nazwiska. Odtąd był bratem Albertem. Zamieszkał w ogrzewalni razem z ulicznymi nędzarzami, biorąc na siebie troskę o nich przed władzami austriackimi. Głównym źródłem utrzymania była kwesta i zakładane przez niego warsztaty stolarskie, szewskie, w których pracę znajdowali bezdomni. Uważał bowiem, że praca potrafi dźwignąć ludzi z upadku moralnego i przywrócić godność. Takich zapaleńców było z czasem więcej, także kobiety, które prowadziły przytuliska żeńskie. Obok tego zakładał domy dla kalek, starców, bezdomnych dzieci i młodzieży, nieuleczalnie chorych i to nie tylko w Krakowie, ale i Lwowie, Przemyślu, Tarnowie, Kielcach, Jarosławiu, Tarnopolu. Prowadzonej działalności nadał formę świeckich stowarzyszeń, a ich podstawą uczynił regułę zakonu św. Franciszka i jego ewangeliczne ubóstwo. Coś powstrzymywało go od utworzenia typowego zgromadzenia zakonnego i spisania dla niego konstytucji. Jego zaleceniem było "każdemu głodnemu należy dać jeść, bezdomnemu miejsce, a nagiemu odzież". On wypełniał je wytężoną pracą łączoną z modlitwą. Stąd tak ważne były dla niego i pustelnie, gdzie jego bracia i siostry odnawiali swe fizyczne i duchowe siły. Takie pustelnie założył w Bruśnie i Zakopanem na Kalatówkach. Gdy wrócił właśnie z Zakopanego do Krakowa, lekarz stwierdził wyczerpanie pracą i chorobą. Był grudzień 1916 r. Jeszcze w przeddzień wigilii mimo ogromnego bólu pobłogosławił dzieci, chorych i ubogich ze swych przytulisk. Zmarł w samo południe Bożego Narodzenia, kiedy rozdzwoniły się dzwony na Anioł Pański. Miał 71 lat. W jego pogrzebie na cmentarzu Rakowickim brali udział duchowni na czele z biskupem, władze miasta, profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego a przede wszystkim tłumy ubogich, dla których był ojcem. Dziś jego pracę dla najbardziej biednych i opuszczonych kontynuują zgromadzenia albertyńskie. Pozostawił im jako swój testament żywy przykład swego życia.

Ewelinka Jawor


Stowarzyszenie Rodzin Katolickich w Ropczycach > Miesięcznik "Wspólnota" > Nr 5.