Idzie nowe: ucałuj krzyż…

To był upalny dzień, zbyt upalny nawet, zwłaszcza, że wybrałem się na rower w samo południe, lipcowe południe. W sumie, bez jakiegokolwiek planu gdzie jechać, tak po prostu przed siebie. Pokrążyłem troszkę wokół Ropczyc i jadąc ulicą 3-Maja i natknąłem się na tabliczkę z napisem; „Krzyż tysiąclecia”.

Pomyślałem: ”czemu nie” i ruszyłem pod górkę. Szczerze powiedziawszy, po dwóch kilometrach miałem serdecznie dość (zaznaczam, że to był mój pierwszy wyjazd na ten krzyż i nawet w wyobraźni nie wiedziałem ani jak on wygląda ani jak do niego dojechać). Kiedy niemal zupełnie opadłem z sił, pomodliłem się w duchu: „Panie Boże, niech się już ukaże ten krzyż, gdzie on jest, pokaż mi go!”. W sumie bardzo dziwna refleksjo - modlitwa wynikająca bardziej ze zmęczenia niż z medytacji.

W końcu dotarłem na sama górę, właściwie około godziny 15, tej najważniejszej godziny w historii ludzkości. Zsiadłem z roweru, napiłem się wody, wyszedłem na platformę widokową i odmówiłem koronkę do Bożego Miłosierdzia. Zmęczenie odfrunęło wraz z łagodnym chłodnym wiatrem (który w upalny dzień jest jak 6 w totolotka).

Cieszyłem się chwilą, i koiłem myśli świadomością, że „teraz to już tylko z górki’ - nawiasem mówiąc bardzo stromej i jak się chwilę później okazało pechowej górki… Bo właśnie chwilę później okazało się, że mam bardzo czułe hamulce, które co prawda uratowały mnie przed wyjeżdżającym z lasu traktorem, ale nie przed bolesnym upadkiem. No cóż… mówiąc trywialnie troszkę się wyobdzierałem.

Wracając już spacerem na plebanię (rower nie nadawał się do jazdy), pomyślałem sobie, że właściwie to Pan Bóg wysłuchał mnie podwójnie. Najpierw pokazał mi krzyż „widokowy”, a potem taki „osobisty” w formie niewielkiego przecież cierpienia. Dlaczego o tym pisze? Bo jakoś uświadamiam sobie podczas każdego Wielkiego Postu, że „współczesny” człowiek ucieka od krzyża, nie zauważa go albo nie potrafi go dźwigać. A przecież od niego nie da się uciec. Czy jest na świecie choć jeden człowiek, który by nie dźwigał jakiegokolwiek krzyża? Nawet takiego małego? Krzyża opuszczenia, cierpienia, bólu, rozłąki, cierpienia fizycznego, braku nadziei, psychicznego udręczenia itd?

Nie ma takiego człowieka, jestem tego pewien. A czy ktokolwiek z nas modli się o to by Pan Bóg wskazał mu jego osobisty krzyż? Bo najpierw musimy wiedzieć co jest w naszym życiu krzyżem by potem móc go dźwigać. Módlmy się o to szczególnie w ten Wielki Post, byśmy odkryli nasz krzyż i potrafili go dźwigać… nie w pojedynkę, ale z naszym Zbawcą, który jest przy każdym ludzkim krzyżu. Jest, pomaga i pokazuje, że to tylko etap drogi…

Ks. Przemek


Stowarzyszenie Rodzin Katolickich w Ropczycach > Miesięcznik "Wspólnota" > Nr 3/2016