Idzie nowe: „biedne dzieci”

Zdecydowanie miałem cudowne dzieciństwo. Dzieciństwo pełne szczęścia, poczucia bezpieczeństwa, z dużą ilością wolnego czasu i braku czasu na nudę. Dzieciństwo bez komputera, komórki, tabletu czy drona. Dzieciństwo, w którym telewizor służył bardziej za elegancki mebel w salonie niż jako „okno na świat”. Okno na świat miałem w moim małym pokoju na piętrze z widokiem na starego orzecha, łąkę, rzekę i oddaloną wieżę kościelną. W to okno spoglądałem zdecydowanie częściej niż w telewizor. Ze szkoły z kolegami wracaliśmy najdłużej jak się dało, po to by się wygłupiać, przebywać ze sobą, by poznawać nasz mały okoliczny świat. Obserwowaliśmy jak kijanki stają się żabami, jak bocian startuje z jednej nogi, jak jaskółki tak bezbłędnie z dużą prędkością trafiają do gniazd pod dachem stajni. Cieszyliśmy się pierwszym śniegiem, i gdy spadł na początku zimy potrafiliśmy spędzać 8 godzin na świeżym powietrzu. Po lekcjach czym prędzej robiliśmy zadanie domowe, i intensywniej uczyliśmy się na klasówki, tylko po to by czym prędzej znaleźć się na stadionie (a w zasadzie pastwisku) by do zmierzchu i do upadłego ganiać za piłką. A wieczory? Cudowne… wspólna kolacja, dobranocka, modlitwa z całą rodziną i o 20 byłem już w łóżku gotowy by zasnąć, a kiedy nie mogłem zasnąć, „nielegalnie” z latarką w ręku, czytałem książki Nizurskiego.... Wtorkowe i piątkowe wieczory uwielbiałem najbardziej, bo miałem „służenie”. Biegłem wtedy do Kościoła z prędkością światła, żeby mi nikt nie „zajął” dzwonków i możliwości znoszenia kielicha. Ach…. Dużo by opowiadać. Cudowne lata.

Kiedy o tym wspominam i myślę, muszę z przykrością stwierdzić, że „biedne” są dzisiejsze dzieciaki, a przynajmniej zdecydowanie uboższe w takie doświadczenia i przygody. Nie mówię tego złośliwe, ale szczerze, bo naprawdę serdecznie im współczuje. Bo o otaczającym im świecie wiedzą raczej z telewizji i internetu niż z własnych obserwacji, a jaki obraz świata serwują im media, to temat na osobny artykuł. Częściej niż przez okno patrzą w ekran komórki, czy komputera. Coraz mniej czasu chcą spędzać na świeżym powietrzu. Natomiast jeśli na godzinę braknie prądu, albo są problemy z łączem internetowym to jest to już dla nich prawdziwa apokalipsa. Ciężko dzisiaj zorganizować jakąś wycieczkę w góry czy przejażdżkę rowerową, bo brakuje chętnych… „proszę księdza jeszcze się spocę i co będzie?” - usłyszałem kiedyś jak mobilizowałem chłopaków żeby więcej biegali na boisku. Staram się regularnie grać z ministrantami w piłkę ale dzisiaj jak z 36 ministrantów 6 będzie chętnych na grę to już jest bardzo dobrze. Nowoczesne i idealne „Orliki” świecą pustkami. Gole dzisiaj strzela się tylko na Playstation, o świecie wiemy z Wikipedii i Google a mleko nie jest przecież od żadnej krowy tylko z „Biedronki”. Biedne dzieci….

Byłem szczęśliwym dzieckiem bo moi rodzice nie chcieli ze mnie zrobić gwiazdy piłki nożnej, mistrza języka angielskiego, nowego Mozarta, nie chcieli żebym wygrał You Can Dance czy Mam Talent, nie spełniali na mnie swoich marzeń i pragnień, których im nie udało się zrealizować. Byłem szczęśliwy bo miałem czas na swój własny rozwój a nie na rozwój zainteresowań moich rodziców. Byłem szczęśliwy bo miałem przestrzeń by odkrywać i rozwijać swoje talenty, a nie te które akurat były w modzie. Byłem szczęśliwy bo moi rodzice jedyna rzeczą, której ode mnie wymagali i tego pilnowali z największa surowością było to bym zawsze miał Pana Boga w sercu i żebym był blisko niego. Zainwestowali wszystko bym był dobrym człowiekiem.” Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie i nie zabraniajcie im” – to słowa Pana Jezusa. Czasem mam wrażenie, ze niektórzy rodzice robią coś zupełnie odwrotnego, a tym samym oddalają swoje ukochane ponoć dziecko od Zbawienia.

Do dziś jak echo odbija się w moich uszach głos jednego chłopca, którego uczyłem na poprzedniej parafii i zachęcałem by został ministrantem. Prawie ze łzami w oczach mówił: „Proszę księdza, ja bym bardzo chciał ale rodzice mi nie pozwalają bo: w poniedziałek angielski, we wtorek tańce, w środę judo, w czwartek pianino a w piątek flet….” Strasznie smutne. Będą mieli w domu małego geniusza i wirtuoza… pytanie tylko czy szczęśliwego? Czy o to chodzi?

Proszę Was drodzy rodzice…. nie uszczęśliwiajcie swoich dzieci na siłę, dajcie im cieszyć się dzieciństwem, swobodą. Jeszcze będą miały w dorosłym życiu, napięty grafik zajęć, kalendarz zapisany codziennymi obowiązkami. Jasne, że chcecie ich dobra i troszczycie się o przyszłość, to cudowne, ale szczęśliwe dzieciństwo dziecka jest chyba ważniejsze. Dajcie im wolność wyboru. Jak chcą grać w piłkę niech grają w piłkę a nie na pianinie i na odwrót, jak kochają muzykę nie róbcie ich na siłę nowymi „Lewandowskimi”. Jak odnajdują radość w lekcjach tańca, to niech tańczą. Pamiętajcie, że najważniejszym „darem” jaki możecie dać swoim dzieciom to miłość, swój czas i Pana Boga. Prawdziwa bieda to nie pusty portfel ale puste serce.

Ks. Przemek


Stowarzyszenie Rodzin Katolickich w Ropczycach > Miesięcznik "Wspólnota" > Nr 10/2015