Ocaleni od zapomnienia - nauczyciele i wychowawcy młodzieży Albina i Jan Janasikowie

Zbliża się listopadowe święto zmarłych. Ze zwyczajów zaduszkowych naszych przodków niewiele już zostało, zwłaszcza w mieście. Przed cmentarnymi bramami miejsce żebraków i wędrownych dziadów, którym z symboliczną jałmużną i specjalnie na ten dzień wypiekanym bochenkiem chleba powierzano intencję modlitw za zmarłych, zajęły nie tyle już kramy z kwiatami i zniczami dla zapominalskich, co stoiska z watą cukrową, prażoną kukurydzą i cukierkami niczym w dzień parafialnego odpustu. Zmienił się też cel i charakter wizyt na cmentarzach. Miejsce spotkań ze znajomymi, czasem dawno niewidzianymi i wspomnień bliskich, wydobywania ich z niepamięci, w pewnym sensie ożywiania i wspólnej modlitwy za ich dusze zajął przegląd samochodów na przycmentarnych parkingach i jesienno-zimowej mody na cmentarnych alejkach. Jedno się tylko nie zmieniło. Przypominając sobie o tych, których kochaliśmy i których nadal kochamy, wciąż tłumnie odwiedzamy groby bliskich choć ten jeden raz w roku.

Byłoby jednak dobrze, by wszyscy, całymi rodzinami przyszli na cmentarz, aby najpierw uporządkować grób, a potem pomodlić się i zapalić symboliczny znicz - dowód miłości, przyjaźni i dobrych wspomnień. Wszyscy ... No właśnie ... Czy aby na pewno wszyscy pamiętamy o ludziach, którzy odeszli? Niestety nie.

Na każdym cmentarzu można natknąć się na groby zaniedbane, porośnięte chwastami, ukryte za zaroślami, ze szczątkami starych pomników. Kilka takich ponuro wyglądających mogił jest i na naszym ropczyckim cmentarzu. Ich wygląd nierzadko straszy, ale przede wszystkim chyba smuci. Smuci to, jak łatwo można zapomnieć o zmarłych z naszych rodzin, ludziach tak nam bliskich za życia. Nie zawsze jest to kwestia niepamięci - zapomnienia, ale także tego, że o te groby nie ma już kto dbać, gdyż wszyscy członkowie rodziny doczekali się własnych mogił. Czasem jest też tak, że rodzina wyjechała w odległe rejony Polski lub za granicę i odcięła się od wszystkiego, co zostało w rodzinnej miejscowości.

Bez względu jednak na okoliczności, powinien znaleźć się ktoś (np.: znajomy, najbliższy sąsiad), kto zająłby się takim zapomnianym grobem, oczyścił przynajmniej raz w roku szaro brudny nagrobek, zapalił od czasu do czasu lampkę, a w Zaduszki przyklęknął i odmówił modlitwę. Taki grób zawiera przecież coś więcej niż tylko stertę kości. Taki grób jest przesycony duchem historii przenikającej teraźniejszość, która daje odczytać się tym, którzy tego chcą.

Przecież nikt z nas, żyjących, nie chciałby, aby o nim też kiedyś zapomniano, każdy chciałby żyć w pamięci innych jak najdłużej. A nie umiera ten, kto żyje w pamięci żyjących.

W pamięci p. Zofii Baran, Krystyny Cesarz, Otylii Ferfeckiej, Ludwiki Miąso, Danuty Zymróz i wielu innych żyją do dziś nauczyciele i wychowawcy młodzieży z ropczyckiego Liceum Ogólnokształcącego: ś.p. Janasikowie Albina (1908-1996) i Jan (1903-1985), którzy odchodząc z tego świata, wierzyli w horacjańskie motto wyryte na ich płycie: "Non omnis moriar" (z łac. "Nie wszystek umrę").

Pracę pedagogów i wychowawców młodzieży jako polonistka i biolog w reaktywowanym już we wrześniu 1944 r. ropczyckim liceum podjęli bez pytania o wynagrodzenie, nie zważając na trudne warunki pracy. Należeli do grona pedagogicznego, które na czele z pierwszym powojennym dyrektorem Ryszardem Christoffem (funkcję tą piastował do 1972 r.) doprowadziło budynek szkolny do użytku, remontując wnętrze wspólnie z uczniami, komitetem rodzicielskim i władzami miasta, a następnie wzbogacało szkołę w pomoce naukowe i sprzęt szkolny.

W nauczaniu p. Janasikowie nawiązywali do tradycji przedwojennego seminarium nauczycielskiego. Cechowała ich wysoka etyka zawodowa. Sumiennie przygotowywali się do zajęć lekcyjnych i tego samego wymagali od swych uczniów, którzy dzięki temu osiągali bardzo dobre wyniki. We wspomnieniach absolwentów liceum przetrwali jako pedagodzy wymagający, lecz zawsze sprawiedliwi w ocenach. Nigdy nie różnicowali uczniów ze względu na pochodzenie ani poziom wiedzy z innych przedmiotów. Uczeń otrzymywał każdorazowo taką ocenę, na jaką swoim przygotowaniem do ustnej odpowiedzi czy klasówki zasługiwał. Taką postawą zdobywali uczniowski szacunek i miłość. Ta ostatnia przejawiała się zwłaszcza na szkolnych balach, podczas których Jan Janasik cieszył się wśród dziewcząt największą popularnością, a świadczyła o tym liczba kotylionów przypiętych do klap jego marynarki.

Także znaczną część swego czasu wolnego p. Janasikowie poświęcali na kształcenie i wychowanie młodzieży poprzez udział w różnorodnych formach pracy liceum. Jan Janasik (społeczny zastępca dyrektora Christoffa) jako biolog zaangażował się w pracę kółka biologicznego, które w latach pięćdziesiątych XX w. zadrzewiło i upiększyło otoczenie budynku szkoły. Od 1954 r. był także opiekunem prężnie działającej Szkolnej Kasy Oszczędności.

Cieszył się zaufaniem nie tylko kształcącej się w liceum młodzieży, ale i dorosłych obywateli Ropczyc. Świadczy o tym fakt, że w 1954 r. został wybrany na stanowisko radnego w Ropczycach, których rozwój leżał mu ogromnie na sercu. Był zaliczany do najbardziej aktywnych radnych we wszystkich kadencjach Miejskiej Rady Narodowej, w skład której wchodził z jedną tylko przerwą do 1968 r. Jako przewodniczący Komisji Finansów i Budżetu dążył do zaspokojenia najpilniejszych potrzeb ropczyczan, głosując za przeznaczaniem środków z budżetu miasta na budowę budynków użyteczności publicznej, bloków mieszkalnych, dróg o nawierzchni asfaltowej.

Albina Janasik ze względu na obowiązki domowe i rodzinne nie uczestniczyła w życiu miasta tak aktywnie jak mąż. Kochała za to ogromnie swój zawód. Wyznawała dewizę: "Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa". W myśl tej maksymy przekazywała uczniom wiedzę o ojczystym języku, podkreślając jego piękno w literaturze, jak i potrzebę jego pielęgnacji w codziennym życiu.

Analizując na lekcjach wspólnie z uczniami (lubiła taką współpracę) dzieła polskich pisarzy i poetów, uczyła znaczenia takich pojęć jak patriotyzm, honor, godność, odpowiedzialność. Do dziś jej wychowankowie potrafią recytować utwory J. Kochanowskiego, A. Mickiewicza czy J. Słowackiego, których nauka na pamięć była zadaniem domowym z lekcji jęz. polskiego. Jako polonistka kładła nacisk na poprawność gramatyczną i stylistyczną uczniowskich wypowiedzi. Błędy ortograficzne w wypracowaniach piętnowała obniżoną oceną. Swą osobą budziła taki respekt i dyscyplinę wśród uczniów, że samo jej spojrzenie zza okularów przywoływało klasę do porządku. Mimo to, a może właśnie dlatego wszyscy wspominają ją jako wspaniałego pedagoga. Mury liceum p. Janasikowie opuścili jako zasłużeni nauczyciele dopiero po osiągnięciu wieku emerytalnego w końcu lat 60-tych.

Tak jak byli pedagogami z powołania, tak i rodzicielstwo było ich życiowym powołaniem. Dużą wagę przywiązywali do edukacji i religijnego wychowania dwóch synów: Janusza, który został psychiatrą w Łodzi i Wiesława, który wybrał drogę inżyniera i pracował przy budowie krakowskiej Nowej Huty. Mieszkali przez lata w skromnie urządzonym, za to ubogaconym książkami, kwiatami i miłością ropczyc-kim domu nad rzeką przy ul. Kochanowskiego 3. Życie państwa Janasików zmieniła tragiczna śmierć młodszego syna 28-letniego Wiesława, który zginął w 1966 r. na skutek nieszczęśliwego wypadku w hotelu robotniczym. Strata ta była przyczyną depresji matki i ogromnego żalu ojca. O starszych rodziców zatroszczył się syn Janusz, lecz oznaczało to dla p. Janasików przeprowadzkę do Łodzi. Przez te wszystkie lata rozłąki z Ropczycami tęsknili za znanym od dziecka środowiskiem. Ta tęsknota pogłębiła się po śmierci kolejnego syna w 1983 r. Ból łagodziła obecność i opieka synowej Zdzisławy (z zawodu kardiologa) i wnuczki Joanny. Pragnienie powrotu do Ropczyc ziściło się dla p. Janasików dopiero po śmierci. W rop-czyckiej ziemi spoczął jako pierwszy Jan Janasik (1985 r.), a 11 lat później dzięki staraniom Marii Panek (żony nieżyjącego już wówczas bratanka Zygmunta) Albina Janasik.

Jedynie dzięki pamięci tej krewnej i wychowanków mieszkających w Ropczycach grobowiec rodziny Janasików nie pozostaje zupełnie osamotniony. Płonące każdego roku w listopadowe dni znicze dowodzą, że kurz historii w tym przypadku nie okazuje się na tyle gruby, by pamięć o ludziach spoczywających pod surową kamienną płytą umarła. Każdego dnia spełniają się słowa wyryte na ich nagrobku "Non omnis moriar". Spełniają się, bo Albina i Jan Janasikowie stali się dla setek swych uczniów i wychowanków natchnieniem do dobrego wykorzystania życia, z dedykacją i podziękowaniem za wspomnienia dla uczniów p. Janasików i cioci Marii Panek

Ewelina Oczoś


Stowarzyszenie Rodzin Katolickich w Ropczycach > Miesięcznik "Wspólnota" > Nr 10/2010