"Skrzypek na dachu" po kazachsku

Kiedy mówiliśmy o wyjeździe do Kazachstanu, połowa naszych znajomych stukała się w czoło i odwodziła nas od tej myśli, powołując się na nasz rozsądek i współodpowiedzialność małżeńską. Druga połowa zazdrościła nam takiego wyzwania - bezpośredniej możliwości głoszenia Królestwa Bożego i budowania Kościoła praktycznie od podstaw.

My, organizując wyjazd, często nie dawaliśmy rady i wtedy Bóg sam działał za nas. Kiedy jako pierwsze polskie małżeństwo misjonarzy katolickich wyjeżdżaliśmy z Polski, wiedzieliśmy, że realizujemy nie tylko naszą wolę. Jednak wysiadając z pociągu w Astanie, nie sądziliśmy, że Kazachstan jest inny niż nasze wyobrażenia o nim. I to jest niesamowite.

Przede wszystkim Kazachstan jest bardziej ludzki niż się o nim mówi, co było do przewidzenia i bardziej paradoksalny niż można było przypuszczać, co wciąż nas zaskakuje.

Gościnność kazachska jest chyba wszędzie osławiona. Poza tym, tu w Kazachstanie można odkryć, kim jest naprawdę człowiek, jeśli ma rzeczywiście czas nim być. Wiele rzeczy niemożliwych staje się możliwymi ze względu na dobrą wolę ludzi i na odwrót, wiele spraw teoretycznie oczywistych, staje się niemożliwymi ze względu na zwykłą ludzką złośliwość.

Natomiast przeciwieństwa występujące w Kazachstanie mogą posłużyć za temat do niejednego kabaretu lub dramatu i o tym zdecydowanie łatwiej pisać.

Nas zaskakuje wciąż to, że dla tych ludzi, tutaj, jest to oczywista realność i codzienność. Nikt się nie dziwi, że w nocy w centrum miasteczka jest zupełnie ciemno, że jeździ się po ulicy konno albo mercedesem względnie jakieś bliżej nieokreślonym rodzajem auta, że okna na zimę uszczelnia się bandażem albo silikonem. Nikogo nie interesuje fakt, że gałęzie drzew zasłaniają chodnik na głównej ulicy, że nie da się prawie przejść - podejrzewałem Kazachów o jakiś tajemniczy kult drzew, który nie pozwala ich ranić, ale to nieprawda - a drogi składają się bardziej z dziur niż z czego innego.

Jesteśmy tu krótko i jeszcze za wcześnie, by mówić, jak tu jest naprawdę. Lepiej mówić to, co się widzi i myśli. Mimo wszystko cała ta sytuacja, te nienormalności i paradoksy od początku niemal wydawały mi się jakoś bliskie i znajome.

W końcu uświadomiłem sobie, że życie w Kazachstanie do złudzenia przypomina obraz ukazany w "Skrzypku na dachu". Tylko, że ten skrzypek gra rosyjską, a nie żydowską melodię. Wszystko się zgadza: są i małe wioski oddalone od świata i pewna specyficzna mentalność ludzi, której nie można mierzyć światowymi standardami. Są to też ludzie, którzy mają swoją ziemię obiecaną (Niemcy, Polskę, Ukrainę albo Rosję). Wiele osób już wyjechało, jeszcze więcej wciąż wyjeżdża i żyje na walizkach. Prawie każdy za granicą ma kogoś, którego pomoc jest często jedynym źródłem utrzymania. Nastrój wiecznej wyprowadzki udziela się wszystkim. Wiele też zależy od cara - prezydenta, który może jednym rozporządzeniem zmienić wszystko. Przez tę zależność od nieprzewidywalnych decyzji rządowych nigdy nie można czuć się ani bezpiecznie, ani pewnie. Nawet Kazachowie nie czują się u siebie zbyt pewnie.

Następna rzecz, to uzależnienie od KRÓW! Całe życie jest podporządkowane rytmowi wyganiania, zaganiania, dojenia krów i zbierania siana. Dlatego jest dużo bardzo dobrego mleka, pysznej śmietany i twarogu. W ogóle jest tu duże uzależnienie od natury - zwłaszcza od deszczu. Tu deszcz zawsze się lubi. Kiedy pada, nikt się przed deszczem nie chowa, bo i tak nie ma się gdzie schować. Poza tym wszystko jest tu trochę postawione na głowie. Wydaje się, jakby nawet Kazachowie samych siebie do końca nie rozumieli!

W kazachskiej wersji "Skrzypka na dachu" można znaleźć to, za czym wielu z nas podświadomie tęskni - nieskończoną przestrzeń, spokój i pewien dystans do świata. Ogrom stepu jest urzekający - nic dziwnego, że tak tu kochają konie.

My przede wszystkim znaleźliśmy pracę w najsolidniejszej firmie świata - Kościele Bożym, rozdając za darmo najcenniejszy dar na świecie - zbawienie, które daje Jezus. Można się w tym zakochać, tak samo jak w surowości tego klimatu.

Jeśli ktoś lubi klimat "Skrzypka na dachu", to zapraszamy do Kazachstanu. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że film kończy się dość smutno i na takie zakończenie należy być przygotowanym.

Dorota i Krzysztof Oczko - z Kazachstanu nadesłał ks. Józef


Stowarzyszenie Rodzin Katolickich w Ropczycach > Miesięcznik "Wspólnota" > Nr 7/2002